jump to navigation

Jeszcze raz o Open Access (krytycznie) 04/10/2013

Posted by Mikołaj Morzy in nauka.
trackback

openaccessOd dawna deklarowałem się jako zwolennik publikowania w trybie Open Access, korzystania z repozytoriów typu Directory of Open Access Journals, czy też wspierania rodzimych inicjatyw takich jak Otwarta Nauka, Otwarty Mandat czy też Obywatele Nauki. Jestem jednak realistą i zdaję sobie sprawę z tego, że wbrew powszechnemu przekonaniu: (a) w nauce jest sporo pieniędzy (b) procedury nie są transparentne a kryteria promocji/awansu często bazują na ilościowych miarach bibliograficznych (c) pojawi się ktoś sprytny, kto postanowi zarobić na tym obszarze ludzkiej działalności. Oczywiście zawsze można powoływać się na przykład Public Library of Science i twierdzić, że model OA da się wprowadzić w bieżącej rzeczywistości biznesowej. Ale bądźmy szczerzy: ile takich czasopism jak PLoS środowisko naukowe jest w stanie utrzymać na zasadzie OA, gdzie fakt przyjmowania pieniędzy za publikowanie pracy (i to nie małych, ok. $1300 za artykuł) nie powoduje pogorszenia jakości. Już wcześniej sygnalizowałem, że wydawcy „fejkowych” czasopism zaczynają mocno naciskać na naukowców i przygotowują swoje oferty tak sprytnie, że łatwo się na nie nabrać. W ostatnim czasie dowiedziałem się o jeszcze ciekawszym przekręcie. Jak donosi jeden z ostatnich numerów „Nature”, sprytni oszuści zaatakowali dwa rzeczywiste czasopisma. Chodzi o „Archives des Sciences” (20 pkt. na liście MNiSW) publikowane przez Society of Physics and Natural History of Geneva (od 1791 roku!) oraz „Wulfenia” (15 pkt. na liście MNiSW), czasopismo botaniczne publikowane przez Muzeum Regionu Karyntii w Klagenfurcie. Oba czasopisma, mimo że dobrze rozpoznawane w swoich dziedzinach, nie posiadały stron internetowych! Oszuści przygotowali więc serwisy internetowe sami, umieszczając wszystkie typowe informacje, korzystając z czcionek, logo, układów graficznych, wypełniając strony typowymi informacjami o komitecie redakcyjnym, procedurze zgłaszania prac do recenzji, terminach, itp. Udało im się także oszukać Thomson Reuters który dołączył link do ich strony na swojej Master Jouranl List. Od tego momentu oszuści zaczęli żądać ponad $500 (jako koszty przetwarzania i recenzowania) za artykuł i „przyjmować” artykuły do druku. Ponieważ nikogo nie dziwi roczny czas oczekiwania na recenzję, proceder trwał bardzo długo i tylko prawdziwi edytorzy obu czasopism dostawali liczne listy z pytaniami o los artykułów „przyjętych” do druku. Jak się okazuje, konto bankowe prowadzi do Erewania w Armenii… Trochę jak wydawnictwo GESTS, z którego przynajmniej w dziedzinie informatyki wszyscy się śmieją.

Na szczęście ruch Open Access zaczął poważniej przyglądać się problemowi fałszywych czasopism i przygotował listę tytułów, które albo są ewidentnymi oszustwami których celem jest okradanie autorów, albo są zasłoną dymną służącą do publikacji bredni jakich prawdziwe czasopismo nie wydrukuje (np. Journal of Cosmology), albo po prostu są bardzo niskiej jakości nauką. Cała lista jest dostępna pod adresem scholarlyoa.com/individual-journals. Można się także zapoznać z kryteriami umieszczania czasopism na tej liście. Lista ma być docelowo regularnie odświeżana więc warto dodać ją do zakładek.

Na szczęście na liście nie ma mojego ukochanego Journal of Unpublishable Mathematics.

Komentarze»

1. Rafał - 04/11/2013
Mikołaj Morzy - 04/11/2013

Dzięki za link, przeczytałem z zainteresowaniem. To jest dokładnie to: mały koszt wejścia, potencjalnie duże pieniądze i szara strefa (no przecież jesteśmy poważnym czasopismem z peer-review). Niestety, taka rzeczywistość jeszcze bardziej umacnia tradycyjne czasopisma i molochy pokroju Elseviera oraz podnosi dyktat listy filadelfijskiej. Myślę, że trzeba konsekwentnie obserwować swoją działkę nauki i głośno krzyczeć w przypadku napotkania na takie praktyki (jak w informatyce SCIRP czy GESTS).

Rafał - 04/11/2013

Chciałem jeszcze podrzucić link o kłopotach, które w drugiej połowie 2012 spotkały Jeffa Bealla – niestety nie mogę tego teraz znaleźć (ale wydaje mi się, że widzialem albo na Retraction Watch albo Scholarly Kitchen). W skrócie: ktoś się pod niego podszył i udawał, że chce pieniędzy za usunięcie pism z jego czarnej listy. Prawdopodobnie był to jeden z redaktorów/właścicieli pism tamże umieszczonych; w każdym razie sprowadziło to na Bealla nie lada kłopoty (chociaż chyba na szczęście nie prawne).

Także problemem jest nie tylko te, że te niektóre wydawnictwa są drapieżne i zrobią wszystko, by od autorów wyciągnąć kasę (przypomina się inny przypadek z zeszłego roku, gdy jedno takie wydawnictwo zażądało opłaty za retrakcję) – problemem jest też to, że nie bardzo wiadomo, jak z nimi walczyć, bo albo działają na granicy prawa albo, często, bezprawnie, ale będąc zarejestrowanymi w egzotycznych krajach nie ma instytucji, której jurysdykcja by tam sięgała.

Lekcja ważna tutaj jest oczywiście taka, że należy się bardzo strzec, czytać uważnie wszystkie maile, które się dostaje i bardzo, ale to bardzo bardzo, uważać na mały druk.

2. Gammon No.82 - 06/26/2013

Erewań! NIeprzypadkowe.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: