jump to navigation

Ludzie listy piszą 10/13/2010

Posted by Mikołaj Morzy in Uncategorized.
trackback

Dostałem dziś mejl zawierający „Apel 100 naukowców do polskich parlamentarzystów w sprawie procedury „in vitro” i naprotechnologii” (miłośników algorytmu PageRank uspokajam: dodałem atrybut rel="nofollow"). Poprzedni taki mejl zignorowałem, teraz jednak coś we mnie pękło i nie wytrzymałem. List nawołuje do poparcia wprowadzenia całkowitego zakazu procedury in vitro na rzecz naprotechnologii, procedury zapłodnienia promowanej przez Instytut Pawła VI w celu zachowania zgodności z wytycznymi sformułowanymi w encyklice Humanae Vitae autorstwa tegoż papieża. Wyszukanie w Google „apel 100 polskich naukowców w sprawie in vitro” zwraca takie serwisy jak: milujciesie.org.pl, niepoprawni.pl, fronda.pl, czy radiomaryja.pl. Mojej odpowiedzi oczywiście tu nie przytoczę, dość powiedzieć, że nie siliłem się na uprzejmość. Uznałem, że wyrażenie mojego zdecydowanego sprzeciwu jest imperatywem, ale zacząłem się zastanawiać przy okazji, gdzie leży granica. Z jednej strony mam zespół swoich przekonań etycznych, politycznych, światopoglądowych, z drugiej strony jestem zobowiązany do ich pilnego ukrywania przed studentami. Nie wyobrażam sobie, że jakiś student miałby się czuć źle na moich zajęciach, bo nie zgadzałby się z tym czy innym moim poglądem, a jednocześnie nie artykułowałby swojej opinii w obawie przed możliwymi konsekwencjami. W tym jednak przypadku mam wrażenie, że przedmiotem ataku jest cały zespół norm etycznych, w które wierzę i że sprzeciwienie się tej krucjacie jest moim moralnym obowiązkiem.
Mam wyrobioną opinię na temat mojej roli jako nauczyciela. W dzisiejszym świecie odgrywanie roli mistrza głoszącego jedyne prawdy z wysokości katedry jest po prostu śmieszne, gdy każdy student wyposażony w telefon może zweryfikować dowolną tezę w przeciągu 15 sekund. Zadaniem nauczyciela jest zainteresować, zachęcić, skierować do właściwych zasobów (książek, artykułów, tutoriali) i maksymalnie ułatwić start do samodzielnego uczenia się. Jestem jednak zupełnie zagubiony, jeśli chodzi o moją rolę jako wychowawcy. Czy w ogóle taka rola istnieje? Czy można mówić o wychowywaniu dorosłych ludzi, czy też każda taka próba będzie zwyczajną indoktrynacją i próbą narzucenia mojego systemu wartości?

Komentarze»

1. d - 10/15/2010

Brak możliwości poczęcia potomka jest często wynikiem zespołu dysfunkcji i patologii. Zapłodnienie in vitro wychodzi temu na przeciw, co niestety łączy się z propagacją wad na następne pokolenie, wbrew naturze która powiedziała w tym wypadku ‚basta’. W tym kontekście trzeba ten problem rozważać, a nie w innych kategoriach.

2. b - 10/17/2010

Do Przedmówcy: nie krytykowałbym in vitro pozycji „eugenicznych”. To właśnie in vitro umożliwia dobór genetyczny zarodków, czemu przeciwstawiają się przeciwnicy in vitro, którzy preferują pozostawienie doboru genetycznego przypadkowi.

Do Gospodarza:
Myślę, że autorzy wspomnianego apelu kierują się dwoma prostymi przekonaniami etycznymi:
1. Ludzi się nie zabija
2. Ludzi się nie produkuje
Z tych prostych zasad wysnuwają sprzeciw przeciwko tej metodzie.

Mikołaj Morzy - 10/17/2010

Oraz dodatkowym, niepisanym założeniem, że zarodek składający się z 6-8 komórek (bo takie są wszczepiane kobiecie) jest człowiekiem. To, czego nie potrafię zaakceptować, to fakt, że zgodnie z ich etyką in vitro to zbiorowy mord. Podążając konsekwentnie ich tokiem rozumowania zgwałcenie kobiety jest (oczywiście straszne, ale) moralnie mniej odrażające niż zapłodnienie pozaustrojowe. Rozumiem, skąd się biorą ich przekonania i nawet na swój sposób doceniam ich za konsekwencję, ale całkowicie wypisuję się z takiej etyki.
Zdanie „ludzi się nie produkuje” jest niepotrzebne na wielu poziomach. Jest obraźliwe dla tych, którzy od 20 lat żyją na świecie dzięki in vitro, jest obraźliwe dla par, które rozpaczliwie pragną dzieci (bo sugeruje, że ich dzieci będą w jakiś sposób gorsze), jest wreszcie okrutnie dogmatyczne. Bo niby czemu nie mamy wspomagać urodzin dzieci? Przecież już to robimy. Potrafimy podtrzymywać beznadziejne ciąże od 1-2 miesiąca i rodzą się zdrowe dzieci. Czym różni się ciąża skazana na poronienie i utrzymana w szpitalu dzięki wszystkim niesamowitym osiągnięciom medycyny od ciąży, która została wspomożona od samego początku? Skąd ta obsesja na punkcie „naturalnego” stosunku?
Jeśli po jednej stronie mam skostniały (i prawdopodobnie religijnej natury) dogmat, a z drugiej strony szczęście ludzi pragnących swojego dziecka (jako ojciec dwóch cudownych dziewczyn wiem co to za radość), to całym sercem staję po stronie tych ludzi.

Paweł Krzyżaniak - 10/20/2010

A czy zarodek składający się z 6-8 komórek nie jest jeszcze człowiekiem? Gdzie leży w takim razie granica, w którym się nim staje?

Wydaje mi się, że przesuwanie momentu ‚otrzymania człowieczeństwa’ stanowi tutaj cały problem. Co zabawne, to większość religii definiowała ten moment jako późniejszy, np. ‚dusza’ wnikała w ciało w 3 miesiącu, albo – zgodnie z Talmudem – wraz z pierwszym krzykiem, co w przeszłości prowadziło do duszenia noworodków tuż po narodzinach i klasyfikowanie tego jako ‚aborcja’.

Myślę, że z naukowego punktu widzenia ciężko nie zgodzić się z tezą, że nowe życie powstaje w momencie zapłodnienia, dalej to już tylko powolna śmierć😉. Pogląd taki jest powszechny np. wśród Chińczyków, którzy odruchowo doliczają 9 miesięcy gdy podają swój wiek. Co oczywiście nie przeszkadza im przeprowadzać aborcji na masową skalę. Pogląd, że każde ludzkie życie jest cenne jest poglądem wywodzącym się z Chrześcijaństwa, Buddyzmu i Dżinizmu, nie jest poglądem uniwersalnym.

Kolejna sprawa to to, że przecież nie każde życie traktujemy tak samo – tonący statek najpierw opuszczają kobiety i dzieci, starcy w ostatniej kolejności. Strzelanie do wrogich żołnierzy i wieszanie morderców też jest popularne, przynajmniej w większości miejsc i czasów. Z tej perspektywy stworzenie nowego życia ludzkiego kosztem stworzenia i zniszczenia paru zarodków może okazać się akceptowalne.
W końcu zabijanie istnień ludzkich nie musi być czynem karalnym.

Natomiast jeżeli chodzi o bezpłodne pary, to czy nie lepiej adoptować niemowlaka? Czy adoptowane dziecko jest w czymś gorsze? Czy faktycznie chodzi o radość rodzicielstwa, czy o replikacje własnego DNA za wszelką cenę?

No i ostatnia kwestia: jak już ktoś chce koniecznie mieć ‚własne’ dziecko, to OK, jak dla mnie jego wybór, ale dlaczego inni ludzie mają mu to finansować z ich podatków? Zwłaszcza Ci, dla których z powodów światopoglądowych/religijnych jest to nieakceptowalne?

pieszy absolwent - 10/27/2010

Zapłodnienie in vitro to nie zbiorowy mord – chodzi raczej o kwestię innych procesów towarzyszących takim operacjom, m.in. usuwanie „odpadów”. Jest też kwestia pokusy świadomej selekcji oraz modyfikacji. Tworzy się cienka granica do eugeniki, klonowania i produkcji mutantów.
Poza tym wynik in vitro nie zawsze powoduje radość. Tu także rodzą się dzieci upośledzone. Czy je należałoby poddać eutanazji, gdyż stanowią N komórek i mogą nie posiadać świadomości bo np mają uszkodzenie mózgu, czyli niejako stanowią „odpad” in vitro? Jak Pan widzi – granica jest bardzo cienka. Ruchy konserwatywne dążą do pozostawienia takich spraw naturze.
Co do podtrzymania ciąży, owszem dopuszcza się do tego, podobnie zresztą jak przedłużenie życia przez maszyny ale jest też granica – tzw. terapia uciążliwa.
Wszystko zależy od punktu widzenia i poglądów. Pan nie akceptuje uznawania zabicia zarodków za mord. Ktoś nie akceptuje zabijania zarodków. A ktoś inny nie akceptuje uznawania zabijania niemowląt nie posiadających jakiegoś tam poziomu świadomości jako mord. Opinii jest tyle co ludzi – która słuszna? Która ma być prawem?. Jednak tutaj natura ma pierwszeństwo gdyż była pierwsza i nadaje rytm wszystkiemu – czyli jest konserwatywna i poniekąd fair. Każde ustępstwa to kompromis w stronę pragnień i relatywnego wyboru człowieka. Takim kompromisem jest sama medycyna, leki, podtrzymywanie ciąży, jednak nie powinniśmy wyręczać natury zbyt bardzo, bo to spowoduje prędzej czy później samozagładę gatunku. Np. w wyniku wyścigu genetycznego, przeludnienia nieśmiertelnych, buntu nieulepszonych.

Osobiście bym dopuścił „przypadkowe” zapłodnienie in vitro na jednym zarodku – bez manipulacji i selekcji, ale na pewno nie z moich podatków.

Jiima - 10/20/2010

„Ludzi się nie zabija”
Patrząc na historię gatunku ludzkiego, a także historię organizacji religijnej która tak twardo walczy z „in vitro”, pusty śmiech mnie ogarnia słuchając tego „prostego przekonania etycznego”. Ludzi się zabija i najskuteczniej robią to inni ludzie. Czy to dobrze czy źle, to kwestia indywidualnego osądu (moim zdaniem źle, ale ja jestem zwykłą jednostką na tej planecie i moje aroganckie zdanie się tak naprawdę nie liczy).
Problem w tym, że słowa „człowiek” nie rozciągam na zarodki, choć niewątpliwie mają one potencjał wyrośnięcia w pełnego człowieka (mają też potencjał wyrośnięcia w tzw. zaśniad będący formą nowotworu). Zarodki są marnowane w zupełnie naturalny sposób przez przyrodę i usunięcie takiej kilkukomórkowej moruli nie jest nawet uważane za poronienie. Z resztą nie czarujmy się – embriony w stadium transplantacyjnym (2-3 dzień) można bezpiecznie zamrozić, podczas gdy zamrożenie zarodka który choćby w niewielkim stopniu przypomina człowieka (czytaj – posiada wykształcone zawiązki organów) da nam w większości przypadków dobrze zakonserwowany martwy zarodek.
Kiedy więc „zaczyna się” człowiek? To pytanie dla filozofów, ale jakoś tak się przyjęło, że skoro naszą największą dumą jest mózg i zdolność myślenia (w końcu nazwaliśmy się Homo Sapiens) to poziomem granicznym jest pojawienie się choćby szczątkowego układu nerwowego. Od tego momentu płód jest w stanie reagować na bodźce i jest to dość jasno określony moment (w odróżnieniu od pojawienia się choćby szczątkowej świadomości, bo z tym różnie bywa).
A wracając z dygresji, skoro ludzi się nie zabija, to czemu wielu przeciwników aborcji, in vitro itp. jest gorącymi orędownikami średniowiecznych metod wymierzania „sprawiedliwości”, takich jak kara śmierci? Czemu wojsko posiada kapelanów? – skoro ludzi się nie zabija, to cała ta organizacja powinna być skazana na potępienie, a wyznawanie dowolnego odłamu chrześcijaństwa powinno być powodem do trzymania się z dala od wojska, ale także od sił policyjnych (im też się zdarza zabijać ludzi i choć nie jest to w definicji ich profilu działalności, każdy policjant musi sobie uświadamiać, że kiedyś do człowieka strzeli i być może ten człowiek od tego zejdzie.).
Hipokryzja?

„Ludzi się nie produkuje”
Hmm.
Nie przypominam sobie takiego przykazania w żadnej religii. Można się zasłaniać tym, że kiedyś się po prostu nie dało, więc twórcy praw nawet w najśmielszych marzeniach nie sądzili że taki dzień nadejdzie.
A jednak. Ludzi się produkuje. I to wcale nie metodą in vitro.
Ludzi produkowało wiele kultur na świecie, w tym w Europie. Wykorzystywanie kobiet wyłącznie jako narzędzia rozpłodowego i pozbawienie ich praw, nie da się nazwać inaczej jak produkowaniem dzieci. Z resztą produkowano ich jak najwięcej, bo przy wysokiej śmiertelności dzieci, im więcej się naprodukowało, tym większa była szansa że otrzyma się dorosłego potomka (dziedzica). Nadmiarowe dzieci wysyłało się do klasztorów, lub organizowało jakąś wojnę. Aztekowie mieli jeszcze bardziej oryginalne metody kontroli populacji, ale w końcu były to bezbożne dzikusy, więc nie ma co ich tutaj wyciągać. Podobnie jak pewnej filozofii, której przytoczenie w dyskusji sieciowej powoduje zwycięstwo nokautem.
Pytanie, czy ludzi się „produkuje” w metodzie in vitro? Produkcja to masówka, pozbawiona emocji. Zamiast misternie wyrzeźbionego mebla produkuje się ten sam stół w milionach egzemplarzy. Dlatego płodzenie dzieci w takim np. XVI wieku mogę śmiało nazwać „produkcją” – im nawet nie nadawano imion po narodzeniu bo po co się przywiązywać do „czegoś” co może i tak nie przeżyć? Czy to samo mamy w zapłodnieniu pozaustrojowym? Może ze strony personelu technicznego tak, w końcu to ich praca. Ale jeśli ktoś był kiedyś na porodówce, zwłaszcza takiej z gorszą opinią, wie, że dla tamtejszego personelu to też „tylko praca”. Jeśli potrafią przy okazji okazać trochę ciepła swoim podopiecznym to świetnie, chwalić ich za to, ale raczej nie sądzę, by podchodzili do tego jakoś szczególnie emocjonalnie. Za to ze strony rodziców „dziecka z próbówki” (nie używa się do tego bynajmniej próbówek, ale termin się przyjął) raczej nie sądzę by była to produkcja. Jak ktoś decyduje się wywalić grube kilka tysiaków na coś, co ma spore szanse się nie udać (metoda ta nie ma specjalnie dużej skuteczności, ale zauważmy że korzystają z niej na ogół ludzie którym nie udało się inaczej), to raczej nie robi tego z kaprysu, czy „przedmiotowej chęci dziecka”. To robią ludzie zdesperowani. Raczej nie będzie to dla nich „produkcja” tylko pełne emocji i wyrzeczeń chwile. Najpierw zabiegi, zwłaszcza dla kobiety niezbyt przyjemne (i niezbyt zdrowe), potem nerwówka czy w ogóle się udało (i czasem czynność powtórzyć). Na koniec poród, prawie zawsze cesarskie cięcie. Czasem jeszcze ciąża mnoga, która nie jest specjalnie przyjemna dla organizmu.
Nie wiem, nie miało żem wątpliwej przyjemności przejścia przez te wszystkie fazy, ale niektóre znam (plus wysiadywanie przed inkubatorem z dzieckiem o którego życie lekarze walczą niemal 24/7). Dodam, że moje dziecko też istnieje (i ma się dobrze) dzięki zaawansowanej technice (3 brakujące miesiące spędziło w plastykowym pojemniku podłączone pod aparaturę której połowy nawet nie znam). Czy też je „wyprodukowano” sztucznie?

3. b - 10/20/2010

„Ludzi się nie produkuje” to skrót myślowy, którego użyłem próbując maksymalnie streścić przekonania moralne przeciwników in vitro.

Spróbuję dodać dwa zdania więcej „…to gain more intuition”:
Wielu sądzi, że np. klonowanie ludzi jest niedopuszczalne moralnie. Próbując postawić gdzieś granicę stwierdzono, że moment powstania nowej istoty ludzkiej powinien być czymś, przy czym nie powinno się majstrować – stąd drugi argument moralny przeciw wobec in vitro.

„Nie ma takiego przykazania w żadnej religii” – dlatego myślę, że trzeba tutaj mówić o dyskusji etycznej a nie religijnej (np. egzegeza świętych ksiąg).

Jiima - 10/28/2010

Ja tylko jestem wybitnie cyniczne. Niestety, takie jest życie, ludzi się masowo produkuje, potem manufakturalnie kształtuje i posyła na rzeź. Całość ubiera się w szczytne hasełka jak polityka prorodzinna, powszechny dostęp do edukacji czy patriotyczny obowiązek. Osobiście uważam, że mniej problematyczne jest zniszczenie kilku ludzkich komórek na etapie na którym czasami zostają one zniszczone również w „warunkach naturalnych” i to czasem bez widocznego powodu (kod genetyczny w porządku, organizm matki nie ma powodu pozbywać się ciąży), niż np. wysyłanie ludzi w pełni ukształtowanych po to by ginęli próbując zabić innych ludzi, nomen omen broniących swojego kraju i swoich (nie ważne jak odjechanych) przekonań.
Co do klonowania ludzi, nie mam z tym najmniejszego problemu, o ile założy się tylko że w pełni ukształtowany klon (jak poprzednio – np. na etapie wytworzenia układu nerwowego, a w wypadku urodzenia już na 100%) jest autonomiczną jednostką ludzką z pełnymi prawami, bez względu na to kto i z kogo go „wyprodukował”. Co więcej – jestem absolutnie za tym by opracować metody „hodowania” sklonowanych narządów (jestem pewne że po pokonaniu pewnych barier technologicznych da się to zrobić i będzie łatwiejsze niż wymyślane przez fanów makabrycznych wizji przyszłości hodowanie całego człowieka po to by potem np. wyciąć mu wątrobę… z resztą, c’mon, jaki nawet kasiasty chory będzie czekać dajmy na to 20 lat na przeszczep).
Wreszcie co do moralności – ależ ja jestem wszystkimi kończynami za moralnością. Z tym, że trzeba jasno postawić granicę między prikazami które są „moralne bo tak” – wynikają z kontekstu kulturowego, dziwactw religii i innych takich; a prawami niezbędnymi do poprawnego funkcjonowania społeczeństwa. Zakaz strzelania do ludzi na ulicy jest potrzebny do zachowania ładu (jakoś tak się utarło, inne podejścia do tematu najwyraźniej się nie sprawdziły ku rozczarowaniu firm pogrzebowych), zakaz dajmy na to seksu przedmałżeńskiego to wyłącznie fanaberia. Niech „moralność” każdy przestrzega sobie sam, w końcu tych wierzących i tak osądzi ich bóg czy bogowie, a tych niewierzących „dopadnie” sumienie. Państwo powinno stać na straży prawa. Tym samym metody takie jak in vitro powinny być dozwolone (choć uregulowane prawnie) i nie powinno się z nich robić halo. Za to nie powinny za cholerę być finansowane z budżetu państwa – ale nie z powodów „moralnych” czy innych takich, tylko z prostego i chamskiego powodu – braku pieniędzy. Tak samo jak uważam że zabijanie ludzi narodzonych jest bardziej problematyczne niż zabijanie 8-komórkowego zarodka, tak uważam, że zanim zacznie się robić za państwowe pieniądze nowych wanna-be ludzi, najpierw należałoby zobaczyć, czy owych pieniędzy starcza na ratowania życia i zdrowia tych ludzi którzy już istnieją. A jak z tym jest, niestety dobrze wiemy…

4. globalnysmietnik - 10/21/2010

Nie chce tu zabierać głosu w sprawie pro i contra co do stosowania in vitro, zresztą nie mam tu nic nowego do powiedzenia. Etyka jest rzeczą w dużej mierze autonomiczną w stosunku od nauki i wszystkie możliwe argumenty zostały chyba już użyte.

Natomiast chciałbym się zając etyczną strona naprotechnologii. Otóż coś, co przez twórców tego pojęcia określane jest mianem naprotechnologia było i jest stosowane w większym lub mniejszym zakresie przez wszystkich lekarzy zajmujących się problemem niepłodności. To po prostu wszelakie możliwe do zastosowania badania mające na celu wyjaśnienie przyczyn niepłodności, i następnie próba jej leczenia. Będący jakoby nowością w naprotechnologii model Creightona nie proponuje niczego istotnego w porównaniu do postępowania statystycznego doktora Kowalskiego z większości rzetelnych ośrodków zajmujących się niepłodnością. Jeżeli w czymś odbiega – to raczej in minus – podstawą nowoczesnej diagnostyki niepłodności u kobiety są badania hormonalne, obrazowe i monitorowanie USG, bez niepotrzebnego balastu przestarzałych i krepujących metod, przeciągania pseudodiagnostyki (i siłą rzeczy kosztów) na lata.

Rzecz w tym, iż normalni lekarze po prostu robią swoje nie zajmując się nadawaniem oczywistym sprawom nowych nazw. Odsetek powodzenia leczenia „klasycznego” bez nazywania tego naprotechnologią jest całkiem pokaźny. Do procedur in vitro kierowani są nie wszyscy od razu jak leci, kto tam się zgłosi, tylko osoby, u których dotychczasowe postępowanie nie przyniosło efektu.

Porównywanie skuteczności in vitro i naprotechnologii jest zatem manipulacją, bo dotyczy innych grup chorych.

Pojawia się zatem pytanie – po co zostało stworzone pojęcie naprotechnologii i dlaczego niektóre ośrodki reklamują się jako stosujące naprotechnologię? No cóż – sam sobie odpowiedz Drogi Czytelniku…

Czy takie postępowanie można nazwać etycznym?

5. Adam - 10/28/2010

Co do roli nauczyciela.

Moim zdaniem, młodym brakuje właściwych autorytetów w życiu, przez co coraz częściej widać kryzys w wartościach, celach i zachowaniu u nich. Nauczyciele wg. mnie powinni dawać przykład – ale właściwy, co niestety może być różnie rozumiane. Jeżeli oni tego nie robią, zrobi to ktoś inny. Młody człowiek zawsze szuka jakiegoś wzoru do naśladowania, a jeżeli nie ma dobrych wzorów, naśladuje to co widzi dookoła siebie.

A jakie teraz mamy wzorce ? Kto jest autorytetem ? Wydaje mi się, że kiedyś było ich więcej.

Strach przed wyrażaniem swoich opinii jako nauczyciela, bo tak nie można, bo każdy ma rozum i sam potrafi podjąć dobrą dla siebie decyzję. Niestety myślenie jest uzależnione od tego co widzi się na około. Jeżeli widzimy wszędzie to samo, nie widzimy innej drogi, przez co trudno nam myśleć w sposób inny niż jakim dookoła jesteśmy zalewani. Podjęcie dobrej decyzji zawsze wymaga wiedzy i doświadczenia. Nie każdy te dwie rzeczy posiada. Tak więc wg. mnie nauczyciel powinien być również wychowawcą – ale aby móc wychowywać dobrze, sam musi być kimś „dobrym”.

Jiima - 11/03/2010

Z rolą nauczyciela bywa różnie. IMAO, nauczyciel powinien uczyć tego, do czego uczenia został zatrudniony. Jak ktoś potrzebuje mistrza duchowego i autorytetu, to sobie go znajdzie. Nauczyciel przedmiotu, wykładowca na uczelni – powinni przekazać swoją wiedzę bądź doświadczenia NA TEMAT. Do wciskania ideologii jest dość chętnych…

„A jakie teraz mamy wzorce ? Kto jest autorytetem ? Wydaje mi się, że kiedyś było ich więcej.”
A mnie się wydaje, że kiedyś było ich mniej. Dlatego wydawali się bardziej uniwersalni, wielcy i wspaniali. Z braku alternatywy?
Dzisiaj wiemy że nie wszyscy ludzie mówią po polsku (oprócz Hitlerowców i braci ze Związku Radzieckiego), wyznają Wiarę Naszych Ojców itepe. Co więcej, powszechny dostęp do informacji i swoista bezczelność jaka się z nim zrodziła (polegająca na samodzielnym myśleniu u niektórych jednostek) powoduje, że dawne autorytety zostają przedstawione jako posiadające wady i popełniające błędy – przez co wielu ludzi dla których owe błędy są nie do przyjęcia, szuka sobie nowych autorytetów. Czy wybierają dobrze, czy źle – i czy w ogóle można mówić o dobrym czy złym wyborze w takim kontekście – to zupełnie inna historia. Mi bardziej podoba się dzisiejszy układ niż wybór czy moim autorytetem będzie Lenin czy Papież.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: