jump to navigation

Lustracja na uczelni 02/28/2009

Posted by Mikołaj Morzy in nauka.
trackback

lustracjaPonieważ pojawiły się komentarze do wspomnianej przeze mnie nieszczęśliwie lustracji na uczelniach, postanowiłem wyjaśnić swoje stanowisko. Przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że moja opinia na temat lustracji środowiska akademickiego jest kształtowana przede wszystkim przez miejsce, w którym mam szczęście pracować.

W naszym Instytucie mamy 6 profesorów „belwederskich”, z czego trzech jest Członkami PAN. Wszyscy są młodzi, nasz Szef ledwie przekroczył sześćdziesiątkę. Ich pozycja naukowa, zarówno krajowa, jak i (przede wszystkim) międzynarodowa oraz dorobek publikacyjny nie budzą najmniejszych wątpliwości. Prawie każdy z nich kieruje zespołem, a między zespołami trwa zażarta rywalizacja dotycząca liczby i jakości publikacji. Od samego początku mojej pracy w Instytucie jak mantrę słyszę nieustannie: „publikuj, walcz o granty, publikuj, szukaj finansowania, publikuj, ucz, a potem jeszcze raz publikuj„. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek od kogokolwiek usłyszał, że ktoś nie dostał pieniędzy na dobrą konferencję, że ktoś miał problemy z doktoratem czy habilitacją…

Zresztą, wymagania awansowe są publicznie znane i skodyfikowane:

  • otwarcie przewodu doktorskiego: publikacje filadelfijskie za min. 15 pkt (wg MNiSW)
  • zamknięcie przewodu doktorskiego i etat na rok: publikacje filadelfijskie za min. 30 pkt (wg MNiSW)
  • zatrudnienie na etacie adiunkta na czas nieokreślony: publikacje filadelfijskie za min. 45 pkt (wg MNiSW)
  • otwarcie przewodu habilitacyjnego: publikacje filadelfijskie za min. 110 pkt (wg MNiSW), w tym co najmniej 80 pkt po doktoracie

Reguły są proste, jasne i czytelne. Od wielu lat co roku gromadzone są ankiety, w których studenci drobiazgowo oceniają prowadzących. Te oceny są przekazywane kierownikom zespołów, i na podstawie tych ankiet podejmowane są często ważne decyzje. Jednym słowem, świat, w którym wysoko postawione beztalencia z czasów realnego socjalizmu niszczą kariery młodym, ambitnym naukowcom, podstępnie ograniczając możliwości publikacji i rozwoju, jest dla mnie kompletną abstrakcją. Z tej perspektywy forsowana przez PiS lustracja wygląda rzeczywiście na bezpardonowy i głupi atak na wraże środowisko wykształciuchów.

Nie mam pojęcia, jak jest na innych uczelniach i w innych dziedzinach. Być może jesteśmy jakimś wyjątkiem, małą wysepką w morzu beznadziejnego akademickiego feudalizmu. Tym bardziej się cieszę, że pracuję tam, gdzie pracuję i wykonuję pracę, w której się realizuję i którą uwielbiam.

Komentarze»

1. Wojciech Jaruzelski - 02/28/2009

To miło czytać, że są takie ośrodki gdzie tak ustawiono wszystko racjonalnie. Tak jednak zdecydowanie wszędzie nie jest, a w naukach społecznych są bardzo silne działania różnych środowisk profesorskich przeciw jakiemukolwiek uznawaniu listy filadelfijskiej czy innych zachodnich kryteriów jako punktów odniesienia w jakichklowiek kryteriach oceny i awansu. Zabawne jest, że często te protesty osób, które uważają się za bardzo postępowe, światłe itp. mają dość nacjonalistyczną retorykę typu nie będzie nam zachodni kapitalista mówił co jest w naszej nauce dobre, a co złe, no i nie będzie nas Amerykanin zmuszał do porzucania ojczystej mowy.

A gremia zarządzające np. na takich wydziałach nauk politycznych i nie tylko zwykle składają się z nestorów których życiorysy obejmują zasiadanie we władzach PZPR na różnych szczeblach, i ani jednej zagranicznej publikacji, co nie przeszkadza być im profesorwami, „autorytetami” itp. W byłej NRD tego typu towarzystwo rozpedzono na cztery wiatry, wywalono na zbity pysk z uczelni większość owych „wybitnych politologów” – i jakoś niemieckie nauki społeczne się nie zawaliły co ciekawe, pomimo tego upustu krwi. A u nas był projekt, żeby na papierku napisać czy się kablowało czy nie, i za to kablowanie do SB na kolegów żadne konsekwencje nie groziły… I to się okazuje koniec świata, atak PiSu na cywilizację (choć PO tą samą ustawę też przegłosowała), perspektywa upadku nauki w Polsce… No tak, a jak się spojrzymy np. na rankingi wydziałów nauk politycznych w Europie (http://www.essex.ac.uk/ECPR/publications/eps/onlineissues/spring2004/profession/hix.htm) to w pierwszej setce nie ma żadnej polskiej uczelni. Z Europy Środkowej i Wschodniej są tylko trzy: CEU w Budapeszcie, Tartu w Estoni i European University w St.Petersburgu… No tak, ale nie udało się nam za to poddać atakom PISu, nie ulegamy głupim modom publikowania na zachodzie, i w ogóle mamy światyłych politologów… Sama lutracja wiele by tu pewnie automatycznie nie zmieniła, ale jestem pewny, że naukom politycznym np. na pewno by nie zaszkodziła.

2. telemach - 03/04/2009

„Wszyscy są młodzi”

To świetnie. Wymaga jednak pewnego sprecyzowania. Gdy jako skromny postdoc zgłosiłem się w połowie lat 80tych na pewnym kalifornijskim uniwesytecie (UCSD) zostałem – zupełnie niezależnie od dorobku i długości listy publikacji – wyśmiany. Za naiwność. Ubieganie się o cokolwiek nie miało najmniejszego sensu – bo UCSD nie miał zamiaru psuć sobie opinii angażując w charakterze „visiting professor” kogoś kto skończył właśnie 30 lat. Czyli starca.

I jeszcze na marginesie: czy sądzisz że system jest w porządku skoro Einstein ze swą dysertacją i listą uprzednich publikacji nie zakwalifikował by się do przewodu habilitacyjnego?

Mikołaj Morzy - 03/04/2009

To mi pachnie nieuprawnionym uogólnianiem indywidualnego przypadku na całą amerykańską rzeczywistość. Moje doświadczenia z Nowego Orleanu były zupełnie inne. Co prawda zostałem tam zatrudniony jako „visiting professor” właśnie w wieku 28 lat, ale byłem zdecydowanie najmłodszy w departamencie, a średnia wieku pracowników zdecydowanie ciążyła w kierunku 50-tki.
Szybkie googlowanie ujawnia między innymi takie dokumenty:

The University of Texas at Tyler, średnia wieku dla tenured faculty 54 lata (mężczyźni) i 59 lat (kobiety)
Augusta State University, średnia wieku dla tenured faculty 55,5 lat (mężczyźni) 53 lata (kobiety)
University of Maine System, średnia wieku dla tenured faculty 55 lat, 95% tenured faculty ma powyżej 40 lat

Myślę, że takie przykłady można by mnożyć. Stwierdzenie o byciu starcem w wieku 30 lat jest grubo przesadzone. Skończyłem studia w wieku 24 lat, przez dwa lata uczyłem się pracy naukowej (czytania i pisania artykułów, prowadzenia badań, wybierania kierunków, zbierania literatury, rozpoznawania konferencji, czasopism, itp), doktorat obroniłem mając 28 lat. Czy to znaczy, że po doktoracie zostały mi 2 lata efektywnej pracy, a potem staję się bezużyteczny naukowo?

Przywoływanie w tym kontekście Einsteina jest już zupełnie nie fair i prowadzi do kompletnych absurdów. Czy sądzisz, że system jest w porządku skoro E.Galois dwukrotnie nie dostał się na Politechnikę i zdołał zdobyć tylko baccalaureate? Czy to wystarczający powód, żeby zlikwidować egzaminy wstępne? Mamy zarzucić wymagania dotyczące publikacji naukowych, bo być może gdzieś pod Rzeszowem mieszka genialny samouk, który nie opublikował żadnej pracy, ale na kartce z zeszytu dowiódł, że P=NP? Musimy zachować zdrowy rozsądek. Bardzo dużo tego zdrowego rozsądku można znaleźć tutaj (podpisuję się pod 98% stwierdzeń).

3. telemach - 03/05/2009

„To mi pachnie nieuprawnionym uogólnianiem indywidualnego przypadku na całą amerykańską rzeczywistość”

Drogi Mikołaju – to niczym nie pachnie. To po prostu ewoluuje w czasie i wygląda różnie w rozmaitych dziedzinach.
Ja pisałem o przypadku z 1988 roku – czyli sprzed 21 lat. Dotyczył on „medical and life sciences”, wówczas przeciętny wiek amerykańskiego postdoca w tych dziedzinach oscylował istotnie pomiędzy 26 i 27 rokiem życia. Ktoś po 30stce miał prawo dalej się męczyć i próbować – ale nie miał już – w przeciwieństwie do polskich obyczajów – inamniejszego prawa do nazywania się młodym uczonym.
Gdzies na poczatku lat 90-tych zakończyła się mania rekrutacji coraz młodszych naukowców trenowanych do uczestnictwa w wyścigu szczurów.Po prostu zmiana paradygmatu. Jak zresztą dostrzeżesz tutaj:
http://webweekly.hms.harvard.edu/archive/2001/5_21/student_scene.html
autor rozpacza że postdocowie stają się z każdym rokiem coraz starsi i osiągnęli w międzyczasie (2001) matuzalemowy wiek 34 lat.

Nie przenoszę własnych amerykańskich doświadczeń na całość nauki w USA – po prostu odniosłem wrażenie, że wyraziłeś się w sposób nader nieprecyzyjny – jeśli piszemy o drażliwej kwestii wieku naukowca, to powinniśmy – jak sądzę unikać uogólnień. Określenia „młodość” i „starość” są kwestiami nader umownym, trudnymi do zdefiniowania i wynikają z przyjętej konwencji. Są one mało przydatne jako kwalifikatory i nie powinny zastępować kwantyfikatorów. I jak pragnąłem zaprezentować na mym własnym przykładzie – ulegają one ciągłej ewolucji.

Z końcowym linkiem zapoznałem się. Jeśli podzielasz 98% prezentowanych tam poglądów – to zmienia postać rzeczy, czapka z głowy i kłaniam się nisko bo i ja je podzielam. Btw: dotyczy to również habilitacji? Moje doświadczenie z polskimi kolegami było takie, że z krytyków anachronizmu habilitacji zamieniali się w jej ostrożnych obrońców po obronie pracy i niezłomnych zwolenników jeśli zostali wyhamowani przez system na drodze do tytułu profesorskiego.

Nawiasem: jak zmierzyłeś te 98%?😉

Jeśli zaś chodzi o Einsteina to przykład istotnie nie jest fair. Ale zastanawiający.
Bo niby dlaczego mamy sankcjonować system nie pozwalający jednostce zaprezentować swych dokonań jeśli nie zostaną spełnione rozliczne pozamerytoryczne warunki?
I dlaczego na podstawie takiejże publikacji nie istnieje możliwość zagwarantowania jednostce pozycji odpowiadającej doniosłości tejże publikacji?

Wymagania dotyczące ilości i jakości publikacji naukowych powinny być moim zdaniem zupełnie odmienne w zależności od dziedziny nauki. W jednej genialne może być i przeważnie jest wynikiem jednostkowej pracy i ewentualnie obroni się samo – w drugiej (tam gdzie margines pozamerytorycznej oceny jest możliwy i zazwyczaj nader szeroki) – jest to zaproszenie do korupcji, dopisywania krewnych i znajomych królika, kolegów nie mających ze sprawą nic wspólnego lub szefa, który łaskawie przystawił pieczątkę i dał się poinformować.

Jeśli praca nie jest wynikiem zwyczajowego sezonowego „recyklingu” danych z poprzedniego sezonu to wytłumacz mi w jaki sposób można wpadać na genialne, potrzebne ludzkości i naukowo doniosłe pomysły co dwa-trzy miesiące?

I jak to funkcjonuje że na pomysł wpada symultanicznie grupa autorów o liczebności drużyny koszykówki a szef instytutu wpada na najwięcej genialnych pomysłów? Z racji piastowanego stanowiska?

Naprawdę już nie uważasz że jest to chore?

Latami młody naukowiec musi znosić tasiemcowe ogonki współautorów – tłumaczy mu się, że tak jest normalnie i koniecznie oraz dobre dla wszystkich. Wiesz ja sam byłem współautorem tylu prac, które po raz pierwszy widziałem na oczy dopiero po ukazaniu się w druku, że sądzę iż wiem o czym mówię.Dzić wspominam to jako coś przykrego. To nie jest nauka – to są raczej częstwe nader działania z pogranicza patologii instytutowej bądź międzyinstytutowej polityki. Imperatyw masowej produkcji publikacji nie wspiera (w szeregu dziedzin) wzrostu jakości wyników pracy. Niejednokrotnie zaś wyklucza.
Jeśli mnie jednak zapytasz jakimi innymi miernikami można by publikacje zastąpić – wprawisz mnie w zakłopotanie. Nie wiem. Co nie zmienia faktu, że odbieram panujący system produkcji doktorów, docentów i profesorów jako do głębi chory i mający mało wspólnego z propagowanym na zewnątrz wizerunkiem nauki.
Do czego zmierzam? Ano do tego że powinieneż się cieszyć że wybrałeś informatykę. Tutaj szansa na to, że oceniany będziesz wyłącznie przez pryzmat rodzinnych powiązań i międzyinstytutowych koneksji, wydaje mi się być o wiele mniejsza – w porównaniu ze znakomitą większością innych dziedzin.
Good for you!!!!

serdecznie pozdrawiam
T.

Mikołaj Morzy - 03/23/2009

Prawdę powiedziawszy, traktuję habilitację jako uciążliwy obowiązek, który musiałem spełnić, żeby się całkowicie usamodzielnić na uczelni. Co prawda przez 9 miesięcy nie zdołałem napisać niczego poza habilitacją, ale z drugiej strony mam teraz 250 stron tekstu po angielsku, z którego na pewno da się utworzyć parę publikacji (duża część pracy była pisana od początku, nie na podstawie wcześniejszych artykułów). Więc może mi to wyjdzie na dobre…

Tak czy siak, jak śpiewa zespół Boys w cudownym utworze Figo-fago, „zaliczona, odstawiona…”


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: